Najstarsze lipy z Lipowej nie pamiętają takiego poruszenia. W samo południe na placu boju zebrali się mieszkańcy ulicy - femme fatale Polesia, heroiny miejskich legend. Staliśmy z boku dyskretnie próbując zadbać o prawidłowy przebieg wydarzeń.

12:00 Schodzą się pierwsi odbiorcy naszego przekazu - to nic, że niektórzy lekko przepici, wszak niedziela rano, ważne, że chętni do zmierzenia się z atrakcjami. Zaczynamy od boule. Turniej w rzucanie kulek skończy się zresztą długo po wszystkich innych atrakcjach.

13:00 Boule trwają w najlepsze, przed nami joga śmiechu, świetna terapia przez niepoważność. Zaraz potem rusza ekipa Independent B-Boys, dla których mata suwająca się na jesiennych liściach to szczegół. Ostatni numer już z akompaniamentem rozgrzewającej się Chorei. Bębny i kręcenie się na głowie? Czemu nie.

13:30 Chorea. Teraz zamykamy oczy i wyobrażamy sobie podwórko przy Lipowej, na którego wzgórzu staje chór i serwuje zestaw pieśni od antycznej Grecji po całkiem współczesną Ukrainę. Pisanie o czymś takim nic nie da, nie będę tracił miejsca - to po prostu trzeba usłyszeć.

14:00 Budowlani zaczęli od rozgrzewki, ale wszyscy czekali na prawdziwą przemoc. Ta nadeszła gdy każdy mógł z piłką pod pachą rzucić się na trzymającego koziołka rugbistę i przepchnąć go aż pod ścianę podwórka. Z wielu wyszła słabość wywołana etanolem, nie zabrakło pełnych furii kobiet, które z bojowym "ha!" (to wzięte z jogi śmiechu) nacierały na Budowlanych i wlokły ich po bagnach Małopolski fundując jesień średniowiecza.

14:30 Kończymy. Pani Małgosia wraz z dzieciakami i starszymi wytyczyła miejsce pod plac zabaw. Teraz wystarczy go zbudować. Nie powinno to stanowić problemu dla mężczyzn obecnych na pikniku, o ile uda się obudzić w nich potrzebę solidarności z sąsiadem z klatki, z kamienicy, z Lipowej ulicy. I o to właśnie jest ta bitwa.